wtorek, 18 grudnia 2012

.






Witajcie.

Uznałam, że zanim przedstawię Wam do końca moją przyćpaną historię to chciałabym abyście się dowiedzieli jaka byłam przed braniem. Dlaczego doszłam do wniosku, że pod tym wpisem możecie pisać w komentarzach o czym chcielibyście się dowiedzieć. Jak układało mi się w domu? Co sprawiło, że zaczęłam brać? Jak stosunki z przyjaciółmi? Jak szkoła, życie towarzyskie i rodzinne? Więcej o Nim? Lub o mnie.
Naprawdę chciałabym najpierw pokazać się z tej strony. Więc jeśli macie jakiś pomysł piszcie śmiało, postaram się wszystko opisać dla Was jak najlepiej. Myślę, że wtedy łatwiej będzie Wam mnie zrozumieć. Chyba, że nie chcecie mnie poznawać, to też możecie pisać w komentarzach. 

I co najważniejsze. Dziękuję Wam za te miłe słowa. Naprawdę uwielbiam wchodzić tutaj i widzieć komentarze od Was. Dziękuję, że jesteście. Z całego serduszka.

                                                                                                                                 

                                                                                                                                        X.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Narodziny śmierci.



Narodziny śmierci.




Ćpanie stało się moim sposobem na życie. Wiedziałam, że spokojnie mogę jeszcze z tym skończyć, że nie jest to coś bez czego nie dam rady się obejść. Ale nie chciałam i dobrze mi z tym było. Marihuana nie uzależnia. Każdy tak mówił i chyba nawet tak jest. Spytacie więc dlaczego stałam się ćpunem? Bo ona przyzwyczaja. Nawet nie wiesz kiedy staje się twoją przyjaciółką, siostrą, jedną z najlepszych rzeczy w twoim życiu. Wiesz, że poradzisz sobie bez niej, że możesz ją wyrzucić ze swojego życia, ale nie chcesz... Przecież bez niej byłoby źle, nie byłoby perspektyw do kolejnego weekendu. Takie stało się moje życie. Byle do piątku, byle do imprezy, byle do bucha. Byle jakie... 
A gdzie w tym wszystkim pozostałe pięć dni tygodnia, gdzie codziennie trzeba było sprawiać pozory normalności i iść do szkoły? Te dni stały się niczym. Nie było już radości ze spotykania znajomych w szkole. Zauważyłam, że nie potrafiłam się skoncentrować na zajęciach. Moje myśli uciekały gdzieś daleko. W stronę jarania, chłopaka, który mimo, że mnie kochał nie był jeszcze gotowy na związek. W przeciwną stronę nauki i mojego dawnego życia. Oceny poszły w dół. Tłumaczyłam mamie, że przecież trzecia klasa gimnazjalna jest ciężka, że i tak przyjmą mnie do ogólniaka, z którym wiązałam przyszłość. Jedno jeszcze we mnie nie wymarło. Jeszcze jednego priorytetu nie zastąpiła marihuana: Jego. To właśnie z Nim byłam pewna spędzenia reszty życia. Mimo, że miałam dopiero piętnaście lat, a On był starszy, to obiecywał, że już na zawsze. Wierzyłam Mu. Przyszłość jakakolwiek byleby z Nim.
Zabronił mi brania tabletek. Nie posłuchałam, ale obiecałam, że nie wezmę. Okłamałam Go. Nie wiem dlaczego, ale istniało we mnie przekonanie, że przecież nie jesteśmy razem to dlaczego On ma mi czegokolwiek zabraniać? Jestem wolnym człowiekiem, mogę robić co chcę...
Rodzice niczego nie zauważali. Może dlatego, że to były dopiero początki mojego cyklu i nie ćpałam aż do nieprzytomności. Jeszcze umiałam się opanować. Coraz częściej na weekendach nie wracałam na noc. Spałam u przyjaciółki. Też w tym siedziała, ale chyba nie aż tak jak ja. Alkohol stracił dla mnie wartość. Nie piłam, jedyny plus jarania. Wódka odrzucała mnie na kilometr, a piwo tolerowałam jedynie w małych ilościach. 

Miałam kilka wad, ale jedną z nich było to, że nudziłam się sobą. Ciągle musiałam coś zmieniać. W wakacje często zmieniałam kolor włosów. Nawet pewnego po południa udałam się do przyjaciółki, wzięłam do dłoni igłę 1.2 i przebiłam sobie wargę. Tak oto miałam mojego ukochanego kolczyka. Nie miałam na niego pozwolenia. Lecz miałam kochanych rodziców, którzy potrafili akceptować moje wyskoki. Skrzyczeli i to wszystko. Kolczyk został. Cieszyłam się nim do końca wakacji, ale byłam tylko gimbusem, musiałam zdjąć, ale to nie był ten powód. Znowu On. Kazał mi go zdjąć na jednej z imprez. Zrobiłam to. Później żałowałam, ale było za późno. Zrezygnowałam z mojego małego szczęścia, ale z tabletek nie mogłam, mimo, że byłam przekonana, że kolczyk jest dla mnie ważniejszy.
Byłam dziwna. Zaczęły się huśtawki nastrojów. Raz byłam szczęśliwa, czułam, że niczego więcej nie potrzebuję, a chwilę potem płakałam ze swojej beznadziejności. To było denerwujące. Niszczyło mnie wiele rzeczy, spraw i wydarzeń, ale nadal czułam, że dam radę. Nadal nie wierzyłam w to, że staję się ćpunem. Nigdy nie myślałam tak o tym. Przecież to tylko polepszacz humoru, coś na chwilę. Wiele się zmieniło. Ale w końcu czułam się sobą, szkoda tylko, że po jaraniu.
Wtedy czułam, że narodziłam się na nowo. Moje narodziny. Dziwne miałam to przekonanie, ale podobało mi się. 



N. 





sobota, 15 grudnia 2012

Wyższy level autodestrukcji.




Wyższy level autodestrukcji.




Lufka lądowała w moich ustach przez następne dwa dni, ale z umiarem.
W końcu nadszedł dzień gdy skończyło się zielone. Jednak najstraszniejsze było to, że skończyły się też pieniądze. Nie pochodziłam z zamożnej, bogatej rodziny, lecz z całkiem przeciętnej, wiążącej koniec z końcem. Zapatrzona w cudowne działanie narkotyku nie przewidziałam tego. Byłam zaślepiona całą jego wspaniałością, że nie przyszło mi nawet do głowy, to że w końcu nie będę miała za co go nabyć. W moim mniemaniu 30zł było już dość dużą sumką. Nie byłam jeszcze tak wkręcona aby ukraść. Musiałam znaleźć inny sposób na fazę.
I wtedy jak z nieba przypomniałam sobie o wspaniałości tabletek na kaszel.
Tak, zniżyłam się już do tego poziomu, aby zaćpać się lekami. Musiałam. Przytłaczało mnie istnienie, to wszystko. Kilka złotych i miałam opakowanie moich białych przyjaciółek. 
Od razu połknęłam pół opakowania i wytrwale czekałam na ich działanie. Przez niecałą godzinę było normalnie, lecz przy próbie podniesienia się z łózka coś było nie tak. Nie mogłam wstać. Byłam wtedy wraz z przyjaciółmi u jednego z nich. Z tamtego wieczoru nie pamiętam nic.  Wiem tylko, że zbladłam jak trup, źrenice powiększyły mi się do maksimum, a całe ciało było takie... nie moje. Patrząc się na własną dłoń nie byłam pewna czy należy ona do mnie! To był jakiś obłęd! Miałam wodę zamiast mózgu, nie chodziłam tylko jakbym unosiła się nad podłogą.

Czy naprawdę aż tak się stoczyłam, że byłam zdolna przedawkować marne tabletki za niecałą dychę? Tak bardzo pragnęłam tego stanu, tak bardzo potrzebowałam tych kilkugodzinnych ucieczek. Rzeczywistość stała się nie do zniesienia.

Prosili , błagali abym tego nie brała już nigdy.
Obiecałam im, ale ileż warta jest obietnica ćpuna? Tyle co nic.
Ile ja jestem warta ? W ogóle jestem ? Może tylko byłam? ... 

 I tak oto skoczyłam na nowy etap ćpuństwa.
Chciałam żeby inni mnie szanowali, ale ja nie szanowałam siebie. Czułam jak powoli przestaję siebie akceptować, jak powoli zaczynam się nienawidzić. Zaczęłam unikać luster, szczególnie gdy byłam zaćpana, albo dzień po, czyli praktycznie zawsze...
Stawałam się dla siebie obcym człowiekiem. Mimo, że siedziałam w tym krótko to już tak bardzo się do tego przywiązałam. Ćpanie stało się mną, ja stałam się ćpaniem. Tworzyliśmy jedność, już nierozerwalną....

  


N. 





 Witajcie. 
Dziękuję za te miłe komentarze. Naprawdę wiele dla mnie znaczą i uwierzcie, że czytałam je już kilka razy tylko po to aby chociaż przez moment się uśmiechnąć.
Jak dało się zauważyć macie do mnie wiele pytań. Mogę Wam powiedzieć tylko tyle, że to są moje przeżycia. Zmieniłam tylko imię. Nie odpowiem na więcej pytań o swojej tożsamości, bo zależy mi na pełnej anonimowości. O tym czy nadal biorę dowiecie się.
Dziękuję jeszcze raz. Jesteście wsparciem. 

X.




Kolejny krok ku końcowi.

 

 

Kolejny krok ku końcowi.

 

Nadeszła oczekiwana przeze mnie sobota. Gdy miałam pewność, że w portfelu znajduje się moje szczęście, czyli paka "zielonego" i lufka mogłam uderzyć w klub. Mimo, że wstęp był w nim od 18-stu lat to bez problemu miałyśmy do niego wejście wraz z przyjaciółką.
W początkowej fazie wieczoru znajdowało się tam niewielu ludzi. Od razu uderzyłyśmy na palarnię by nieco przygrzać przed imprezą. Nie byłyśmy doświadczone w nabijaniu szkła, ale świadomość, że już niedługo będzie lepiej to od razu się za to zabrałam. W sumie żadna sztuka.
Kilka pierwszych buchów i już gadka lepsza.
Mamo, gdybyś wiedziała, że twoja grzeczna córeczka właśnie staje się zwykłym ćpunem...

Spotkałyśmy ich. Od nich wzięłam pierwszego macha dokładnie tydzień temu. Poznali nas. Nie chcieli palić, ale nie wiem czy dobrze zauważyłam chcieli "zrobić" nas. Byłyśmy rozsądne. Od razu zareagowałyśmy na ich dotyki, dziwne gesty. Sprzeciwiłyśmy się, byłyśmy wystarczająco trzeźwe, ale co by było gdybyśmy spaliły więcej?

Wśród tych wszystkich ludzi byłyśmy najmłodsze. Mimo to w ogóle nie czułam się gorsza. Wręcz przeciwnie - znowu byłam bogiem. Wrócił stan, czułam, że wróciłam 'ja' , ale czy właśnie taka byłam? 
Zachowywałyśmy się naturalnie, swobodnie. Nikt mnie nie obchodził. Zdradzić nas mogły jedynie czerwone oczy, które zmniejszyły się pod wpływem zioła, ale to nieważne. 

Spotkałam Go. Moje szczęście. Wiedziałam, że tu będzie, ale gdy Go zobaczyłam poczułam te podręcznikowe motyle, a podczas przytulenie moje serce eksplodowało. Czyli po marihuanie też istniały jakieś uczucia. Mimo to jedna myśl w głowie górowała: " Kiedy kolejne bicie..."
Powiedziałam mu, że jarałam. Nazwał nas "zielarki", jego przyjaciel dodał "alkoholiczki".
Naprawdę tak postrzegali nas ludzie?
 Myślałam, że się zezłości, będzie kazał mi to rzucić i nie palić. Dla Niego byłam w stanie wtedy z tym skończyć, ale nic takiego się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie, sam chciał zapalić.
Powiedziałam by się w to nie pakował. Mimo, że był 4 lata starszy, to nie chciałam by się w to mieszał. To moje dno, chcę w nim być sama.
Wiem, że gdyby wtedy zabrał mi lufkę i marihuanę to dziś byłabym w innym punkcie.
Nie dokonałabym mordu na swoim ciele, na swojej duszy. Żyłabym...
Spytacie: To nie żyjesz? Przecież jesteś , piszesz .
Umrzeć dla siebie, to najgorsza śmierć jaka może przydarzyć się człowiekowi.
Ja tych "samobójstw" przeżyłam kilka. A jak wiele jeszcze zdołam znieść - tego nie wiem.


"Mam wrażenie, że kiedyś byłam a teraz już mnie nie ma. 

Żyje jeszcze biologicznie moje ciało." P.N.




N.






czwartek, 13 grudnia 2012

Uderzenie rzeczywistości.



Uderzenie rzeczywistości.




I wszystko minęło... Nadszedł niedzielny poranek. Nie było już kolorowo, nie było tej świadomości. 
Czułam, że uderzyła mnie okrutna rzeczywistość. Więc na tym polega fenomen zioła. Jest zajebiście, ale to mija dość szybko. Mimo, że fizycznie czułam się znakomicie to psychicznie nie było tak dobrze. Miałam wyrzuty sumienia. I nie chodziło o to, że zapaliłam, tylko o to, że mi się to spodobało... Nie miało tak być. Powinnam czuć do tego wstręt, przecież to jest złe, ale czułam coś gorszego - chęć wzięcia kolejnego bucha...

Pogodziłam się z Nim. Nie mogłam Go stracić. Nie w czasie gdy odczuwałam, że zatracam siebie.
Powiem Mu kiedyś, że to Jemu dedykowany był ten pierwszy buch.

Przez kolejne dni czułam się okropnie, ale sprawcą tego była szkoła i problemy rodzinne. Coraz więcej ode mnie wymagali, ciągle czegoś chcieli nie dając nic w zamian. Ja już wiedziałam, że po sobotnim wieczorze nie potrafię być normalną nastolatką, że coś się we mnie zmieniło.
Czułam się lepsza, ponad tymi ludźmi. Wtedy tak myślałam. Dopiero teraz do mnie dotarło, że już wtedy byłam głęboko pod nimi.
Wiedziałam, że muszę uciec. Byłam już rozchwiana psychicznie, a teraz czułam tęsknotę. Nie za Nim, za człowiekiem, na którym mi zależało, nie za jaraniem, lecz za tym stanem.
Musiałam uciec, a jedyną drogą ucieczki była ona - marihuana.
Wtedy jeszcze byłam przekonana, że nie można jarać w dni powszednie, więc czekałam do weekendu, do kolejnej imprezy, na którą miałam przygotowaną moją pierwszą, kupioną na spółkę z przyjaciółkę pakę zioła. Trzymałam ją w dłoniach jak skarb.
 " Zajarać na imprezie to nic złego, przecież to tylko raz w tygodniu. Jeśli będę chciała to z tym skończę. " Takie było moje przekonanie. To prawda, mogłam z tym skończyć, tylko nie przewidziałam, że nie będę  tego chciała...

Zawładnęło mną pragnienie zakazanego. 



N.






wtorek, 11 grudnia 2012

Początek końca.


Początek końca.


" Dlaczego wszystko obraca się przeciwko mnie? 
Bo sama jestem przeciwko sobie. Niszczę się systematycznie, 
nie daję sobie żadnej szansy. Dokonuje okrutnego mordu na sobie.
A tak pragnę żyć." 
P.N.



Czasem może być to zły dzień, albo chwila zawahania. Czasem chwila nieuwagi, nieświadomości lub zbytniego zdenerwowania. Potrzeba naprawdę niewiele, by stać się więźniem. Więźniem narkotyku.
 Zawsze chciałam być wolna. Wolność była dla mnie priorytetem. Nigdy nie pozwalałam sobą rządzić, nikomu się nie podporządkowywałam. Do czasu...
Jeden obrazek przed moimi oczami. On i ona tańczący razem na imprezie. Łzy, dreszcze i trzęsące się dłonie. Jedno główne pytanie: Jak mógł? Twierdził, że zależy mu, że jestem najważniejsza... Niby taniec obok siebie, pomyślicie nic takiego, ale wtedy trafiło. Trafiło w samo serce. I wtedy znikąd pojawili się Oni. Nie znałam ich za bardzo. Byli znajomymi mojej przyjaciółki. Po prostu spytali. Nie namawiali do niczego, nie nakłaniali tylko spytali. Proste pytanie: "Idziecie na bucha?" Bez zastanowienia ruszyłam za nimi. 
Pierwsze zaciągnięcie się. Zapiekło w gardle, ale nie przeszkadzało mi to. Chciałam więcej. Chciałam się bawić, pomimo tego, że tak bardzo było mi źle. I wtedy stało się coś dziwnego. Po kilku, może kilkunastu buchach poczułam coś wspaniałego. Świadomość, że mogłam zrobić wszystko, że jestem zdolna do wszystkiego. Zniknęły problemy, kłopoty i nawet On. Momentami tylko rozglądałam się w poszukiwaniu Jego sylwetki, ale bez skutku. Było i mi tak lekko i błogo.  Było mi po prostu wszystko jedno. Pragnęłam pozostać w takim stanie na zawsze...
I tak to się zaczęło. Nazywam to " Początkiem końca ", bo niby coś się zaczęło, ale zbliżało mnie to jedynie do mojego końca.  Nie wiem czy moja historia będzie przestrogą, ale czuję potrzebę ją opowiedzieć.
Historię piętnastoletniej dziewczyny, która zagubiła się i nie widzi już innej drogi dla siebie.


Cześć, jestem Natalia i jestem więźniem jednego pragnienia, narkotyku.









Historia pisana na faktach autentycznych .
Dane osób oraz miejsca zostały zmienione .